Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 czerwca 2013

Kałasznikowa mi cza!

Jest pewien człowiek, który od lat doprowadza mnie do szewskiej pasji. Nawet gdy go nie widzę, nie słyszę. To mój małż nr 2. ( A wiadomo, co pierwsze, to lepsze :p)

Pisałam w ubiegłym roku o naszej wyprawie z Młodą do Kampinosu i spotkaniu z Panią Łosiową. Traf chciał, że całkiem niedawno - może z racji świąt wielkiej nocy, Dzieciątko w ramach kontaktów i konwersacji z ojcem, opowiedziała mu tę historię. I tu zaczyna się mój wkurw! Dziecko przyszło zakręcone jak śmigło, niemal święcie przekonane, że historię z łosiową sobie wymyśliłam, i gotowe mnie pytać, CZEMU Ją tak niecnie oszukałam. Bo jak ch...owi nic się nie przydarza to mnie nie ma prawa! Tylko ja, nie siedzę nad flaszką z zapitą mordą, ale na ile się da, staram się żyć!

Możecie wierzyć lub nie ale ten człowiek wzbudza we mnie mordercze odruchy. Nie ujrzysz ich człecze, bom jakoś wychowana. Ale nienawiść moja, nieco przykurzona i stępiona czasem trwa!

Nie tylko on mnie wkurza. Ło nie! Każda matka nie raz i nie dwa z radością  i szaleńczym błyskiem w oku zagryzłaby swoją progeniturę. Można pisać cuda - wianki, ale takie momenty się zdarzają! I takie - gdy opada wszystko dokładnie i już nie wiadomo co robić.
Bo na ten przykład jak odpowiedzieć-było to wieki temu, na pytanie: do czego służą wiewiórki, lub- czemu mówisz do mnie kotku.

 I zrozumieć, czemu na prostą odpowiedź ( na uprzednio zadane pytanie ), Dziecię chwyta za wtyczkę i zaczyna śpiewać.

No i kot! A w zasadzie nie kot tylko Julka. Wredna, ruda, złośliwa, mrucząca małpa. Celuje dokładnie wszędzie tylko nie do kuwety. Oj, sory! Raz na tydzień trafia-przypadkiem!

Już jej zapowiedziałam, że wyślę ją poleconym do Wojtyszek. Tam będzie miała dobrze a ja święty spokój!!

Ma ktoś chęć na lejącego po kątach persa??? - Jest ostrzyżona-nie ma kołtunów, ma śliczne bursztynowe ślepka jak ze Szreka, długo i wytrwale mruczy w różnych tonacjach, lubi jeść karmiona widelczykiem. Ogólnie nie jest uciążliwa, poza tym jednym felerem. Kto chce???

czwartek, 24 stycznia 2013

Pustka

Echem niesie w mojej głowie. Siedzę, przed kompem, wpisuje Gumtree, i inne Gratki w poszukiwaniu pracy i pustka, pustka, pustka...
Nie moge sie ogarnąć, nie mogę myśli ogarnąć, nie wiem co jest?

Jakaś taka wypadnięta jestem :/
Plan dnia przezornie wczoraj zrobiłam, bo mam czasem takie przebiegi na pusto i odbijam się same od siebie.
Nie ma letko, muszę d... sobie skopać i coś wymyślić. Alibo znów w marsze ruszać tym razem zimowe.

Ile moge wytrzymać?
Przetestuję :)
Jak dzieciaki były małe z akwizycją per-pedes śmigałam po 20-30 km dziennie na -20C.
Ale to było w innej epoce...
Motywacja teraz jakby mniejsza i wydolność takoż ...

Stawiam na marsze a po drodze zasilanie swoim CV każdej napotkanej instytucji.

Krzyżyka na sobie nie dam postawić i do końca JA będę rozdawać karty.

Mówiłam, że dam sobie radę!
Tak kochane dzieci.... mamunia nie pęka.... na czterech a dojdę tam gdzie chcę!!!!

Bez łaski i obrazy!!!!



czwartek, 20 grudnia 2012

Bo ja zła kobieta jestem :DDD

Tak se podsumowuję ten rok i poza kilkoma niewielkimi potknięciami generalnie nie mam sobie nic do zarzucenia. Ja nie mam, co nie znaczy że dla innych jestem niemal ideałem. OOOO, dla mojej Matki jestem chodzącem rozczarowaniem i wrzodem na Jej życiu. Bo Ojciec świnia był i umarł był i Ona sama biedaczka musiała wychowywać takie coś. No!

Aspiracji nie spełniłam. Nie jestem profesorem nadzwyczajnym, nie wydałam się za księciunia i nie utrzymuję całej rodziny :DDD
Dla dzieci też jestem jakaś niewydarzona. A to nie wyszłam za mąż właściwie - za właściwego faceta - nawet jeden taki konkretny jest czasem wskazywany niemal palcem, a to nie zapewniłam hucznych urodzin i wszelkich kinderbalów stosowna oprawą i równie kosztownymi prezentami, a to wiecznie nie mam racji, nie potrafię dać właściwej rady. No!

Do dupy jestem. A w ogóle, to jakbym kochała to by zapewnić rodzinie dostatek powinnam nierząd uprawiać. Na przykład :DDD
Sąsiadom też nie pasuję. Bo nie przyznaję się do zaszczanych podłóg w windzie i na klatce, nie uprawiam samokrytyki i nie wylizuję w pokorze ogólnodostępnych podłóg.Dla rodziny - raróg wyrodny, nie inwestuję w nich i w to co niby ma kiedyś, w mglistej przyszłości przypaść mi w drodze spadku.
A dla teściowych - totalna pomyłka w życiu ich jedynaków.

Czyli powinnam się pochlastać, posypać głowę popiołem i kajać się przed ludem dostępnym. A ja nie!!! Żyję i nie chodzę na pokuciu. Robię co swoje i gwiżdżę na wszelkie szantaże i usiłowania wpędzenia mnie w poczucie winy.

Aktualnie nie latam na szmacie i nie wylizuję każdego kąta w mieszkaniu. Nie wiem czemu ale wcale nie mam parcia na jakieś świąteczne szaleństwo. Patrzę na choinki pod marketami i się dziwię. Po co mi to? Nachodzi mnie myśl złośliwa, że to bardzo męskie święto - oni lubią sobie podeżreć. Mogą oszczędzać na wszystkim tylko nie na misce. Im pełniejsza, tym lepsza.
Poza wszystkim jak słyszę w merdiach ile "należy" wydać, żeby święta wypadły jak się należy to zbiera mi się na coś... Rozumiem, że początek zimy i handel kuleje, ale żeby aż tak szaleć???
Nie ma prezentów, nie ma choinki i będzie co ma być. Kiedyś się starałam, bo dzieci małe i dla nich frajda, teraz mi lotto :D
Usiądę sobie ze śledzikiem, obejrzę Kevina, popiję barszczyk czerwony i finito. Magia się skończyła. Szkoda....

I wpadł Młody ze świeżo nabytym komputerem. Nówka? Nie szkodzi. Że Młody liznął fachowej Informatyki? Nie szkodzi. Się cóś porobiło. No nie działa i tyle. Wizyta w salonie poskutkowała miesięcznym terminem naprawy, Wymienić się nie da na sprawny. Przyniósł z wezwaniem do Pierworodnej, żeby COŚ zrobiła albo wymyśliła, albo znalazła naprawiacza. Bo o system chodzi.

A ja jako pominięta i ta , okazuje się, że nie do końca taka zła, przynajmniej w oczętach poTomka, zasiadłam przed tym cudem z instrukcją i odzyskałam system. Bo to nie ma co kombinować. Czytać trzeba i stosować się do zaleceń i klikać DALEJ, DALEJ, DALEJ...

A to cudo to jest jakiś hardcor. Pomijam 640 GB. Pulpit, pulpit to poezja. Same okienka z kolorowymi kwadracikami.

Wiadomości, zdjęcia , sręcia i nie wiem co jeszcze... Moja tego nie ogarnia. Spakowano szalony sprzęt i czeka na właściciela.

W domu lekkie przemeblowanie. Wykroiłam z przestrzeni kącik dla Najstarszej. Zupinę zrobiłam i farsz do wytrawnych ciasteczek z pieczarkami. Ciasto francuskie oczywiście z Pierdzionki. Całkiem przypadkiem wyszedł mi ten farsz jak buły na Starówce. Okazuje sę, że nie jest to wielce skomplikowane. Trzeba utrzeć w malakserze pieczarki z cebulą, wrzucić na patelnie, doprawić solą i pieprzem. I proszsz... gotowe i pyszne.

A teraz muszę się dotelefonić do Ciotki. Czegoś nie odbiera telefonu. Może gdzieś poszła? Bojam....

Dodzwoniłam się. Tabletki i plastry p/bólowe. Dziś odbiór wyników - w końcu. I może uda się ogarnąć hospicjum domowe. Bo Wujaszek, wytrzymały na ból, mówi, że momentami ma ochotę popełnić samobójstwo.

poTomek na ostrym gazie :////  Już nic mówić nie będę bo ręce opadają :////

sobota, 15 grudnia 2012

Skończony temat!

Urodziło się takie jedno, małe. Dla uściślenia dziecko. Fajnie jak pojawia się małe babe. Cieszą się ludziska, kibicują, rzucają dobrymi radami i wogle dostają małpiego rozumu. Rrzucają radami w dobrej wierze. Ja też z dala kibicowałam.. a wiecie...kibic siedzi z dala i się nie wp******!
A ja nie! No pokorciło mnie w pewnem momencie.
Bo szczęka mnie poszalała jak poczytałam, co tydzień po porodzie mama zażywała kąpieli z nowym człowiekiem razem w wannie. Pomijam względy zdrowotne matki. Ona se może nawet żagiew włożyć w drogi rodne ale kąpiel w zawiesinie i moczenie pępka jakoś mi ciśnienie podniosły. Pieprzony kibic ze mnie. Ktoś, coś poza ramka powiedział - młoda mać wykonała skruchę i chęć poprawy.
Minął dzień i znów suprise - tym razem tatuś doope moczył z nowym wyrodkiem. zgrzytnęłam środkiem ale cóż. Kibic jestem - siedzę cicho.
Dzieciątko nie  dwutygodniowe śmiga z mater na spacerek Bagatelka - temperatura tak od -5 do -10C. Już nie zdzierżyłam. Przestałam kibicować i się wychyliłam. Może pysk bym zawarła gdybym na zdjęciu nie ujrzała gołe pół główki wraz z uszkiem. No, wicie, rozumicie! Może jakieś nowe szkoły są, co to szok temperaturowy z +36,6 do tych nawet -5 czyli 40C w ciągu 2 tygodni jest ok. Może ludzkie ssaki nawykłe. Ja się nie znam. Tylko trójkę dzieci urodziłam, wychowałam. Kibic jestem!
I co mnie powaliło na kolana - czego za Chiny Ludowe nie rozumiem - to jak można w dobie pampersów wyhodować noworodkowi odparzenia???

Ale ja kibic jestem. I cholera, poza tym postem nawet na jedno słówko już pyska nie rozewrę. Na temat tego dziecka. Słowo KIBICA!!!!!!!!

Generalnie mam takie wrażenie, że warto a nawet należy obserwować przyrodę, zwierzęta i brać z nich przykład. Jakoś nie spotkałam się w naszej strefie klimatycznej, żeby o tej porze roku rodziły się młode. Poza oczywiście ludzkimi dziećmi. Wniosek dla mnie jest oczywisty.

Generalnie co kraj to obyczaj. Rozmowa ze znajomą, która ma młode w rodzinie na południu Europy, gdzie zimy są łaskawe dała też mi nieco do myślenia.
Ssak prowadzany był do ichniego pediatry. Ssak urodzony zimą. Każde pytanie o spacery z dzieckiem kończyło się zwrotnym - a do czego się pani spieszy? Zdrowe? Zdrowe! Przybiera na wadze? Przybiera! Nie choruje? Nie choruje! To do czego się pani spieszy.
Znajoma w desperacji, nasłuchawszy się od znajomych i naczytawszy się Googla po raz kolejny polazła do wracza z pytaniem kiedy w końcu na spacer będzie mogła wyjść z dzieckiem. I rozmawiała drukowanymi literami w mniemaniu, że doktor ma problemy ze zrozumieniem. Obie gadały w językach nabytych nauką.
W rezultacie doktorowa się wściekła i :
1. Zimą nie ma co się pchać na dwór, bo każdy możliwy syf, spalina nisko lata. Chyba, że koniecznie chce inhalować dziecko syfem. Latem jest troche inaczej. Część tego g**** zatrzymują liście na drzewach.
2. Po ulicach miotają się chore, poinfekowane ludzie. Młode podatne jest. Nie ma odporności.
3. Werandować w domu, wietrzyć chatynkę szczególnie jak się mieszka wysoko - tam syf nie dochodzi.

Generalnie metoda na spacery pojawia się wczesnym latem. Gdy zdechlaki wykichały i wyprychały co miały wykichać. Kiedy syfilis nie lata w powietrzu.

Inna bajka jest na wsi. Ale to inna bajka i nie sielanka. Wtedy, tam dla odmiany snuje się w powietrzu dym z kominów. I tyż jakoś dobra w tym nie widzę.

niedziela, 2 grudnia 2012

Mały trolik

Przedwczoraj przyjaciółka z dawnych lat została po raz kolejny babcią. Jakoś trudno mi uświadomić sobie upływ czasu. Tylko naprawdę dzieci o nim świadczą. Bo jeszcze nie tak dawno młoda Mama jak papużka powtarzała prosząc o ciastko:- Mówi się poproszę :D
A Jej Siostra-mama trójki-zmożona życiem spała w pozycji embrionalnej w zagłębieniu wykopanym przez psa pod krzakiem porzeczki. Chodziła, biegała i padła. Królicek :DD
I nie tak dawno pierworodna siedziała na nocniczku wołając:-patika, patika daci :D
Młody na golasa polował na koniki polne wśród wysokiej trawy, a najmłodsza odmawiała wyjścia na taras na bosaczka, bo nagrzany słońcem parzył małe stópki. Kiedy to było?

Tak dawno i przed chwilą :(
Mały szurpaty łebek sterczał znad poręczy łóżeczka i zaczepiał, śmiał się, łykał gluty, złościł się, podskakiwał, raczkował, podnosił się przy pomocy szczebelków, padał. Każde tak samo a jednak zupełnie inaczej w sobie tylko właściwy sposób.
Pierwsze zabawy własnymi paluszkami. I preferencje już od początku. To fajne, tamto be. I usypianie. Każde inaczej. Najstarsza najlepiej zasypiała zawinięta w kukiełkę. Otulona odpływała. Wolne kończyny ja rozpraszały. Wiły się własnym życiem. poTomek padał w locie wysprzątawszy sobie łóżeczko. Wywalał wszystko poza. A najmłodsza padała gdy nie było nawet odrobiny miejsca w brzuszku. Padała na chwilę, bo przerób miała kosmiczny :D
Małe człowieki z własnym charakterem od początku. Miniaturki niosące w sobie przeszłość otwarte na przyszłość. Nieuchronnie wtapiające się w życie, poznające je na swój własny sposób, zbierające doświadczenia.
Kiedy to było gdy śpiewałyśmy:-na prawo most, na lewo most..., i bajki Natalki. Kiedy to było gdy śmiechem rozbrzmiewał dom, gdy poTomek szalał naśladując figury z płaskorzeźb egipskich, a Dzieciątko godzinami bawiło się słoiczkami z przyprawami udając, że to król i królewna i prowadząc zawiłe dialogi w ich imieniu:-ach królu...ach królewno...
Czas przysiadów i pompek za wykroczenia minął. Czas posłuszeństwa też. Życia rytmem ustalonym przez mamę. Każde ma swoją melodię, swój czas, swoje przemijanie. Ja mam wspomnienia - najpiękniejsze ze wszystkich.

piątek, 30 listopada 2012

Progenitura


Stara matka przy kawie zaczęła lekturę od Grafitowych oceanów. No i super. Nareszcie
 zaskoczyło i zaiskrzyło.
 Bo prawda jest taka, że zgrzybiona i wiecznie marudząca matka jest do dupy. Wiem to po sobie. I  trudno wtedy opanować dzieciątko, które nie wie czemu mać się nie cieszy życiem, tylko ma za złe. I samo zaczyna wierzgać.
 Na szczęście gdy moje były szczeniakami, warhlakami, kociakami i potworami ja z wizgiem śmigałam wokół towarzystwa. A oni wzajemnie wokół mnie. Nawet jak były małe. Ale absolwętnie nie znaczy to, że zawsze była sielanka i wyjadanie z dziubków. Były powroty na syrenie do domu, gdyż albowiem dzieciątko nie żądało posiłków a żądało zabawy. Wracało różnie. Pod pachą w formie zasmarkanego z rozpaczy gluta, jako tobołek niesiony za szelki portek - ta wersja była dobra - jakoś cieszyła Pierworodną, tudzież jako wijący się piskorz, i żadne tłumaczenia i straszenie Babą Jagą nie pomagały. Ale to było potem. Bo przed, w okresie wózkowym, mimo szelek było gorrąco. Wyślizgiwała się z nich, wychodziła poza wózek, zwieszała się i używała go dowolnie i nieprzystojnie. Wózkiem nobliwie poruszał się poTomek. Grzecznie siedział i przyswajał świat. Najwyżej wykręcał go jak paralityka widok super panny. Już od pampersa kręciły go ładne buzie, zgrabne sylwetki :D poTomek był ogólnie dziecinką śliczną, grzeczną do zachwytu i obrzydliwości. I wygadaną. Spokojnie się bawił w piaskownicy, nie lejąc nikogo łopatką, nie sypiąc w oczy piaskiem. Używał właściwie zabawek, społecznie był użyteczny. W porównaniu z innym bachorstwem był aż nudny. I wzorowo chodził za łapkę. Żadnego wyrywania się.
 No najmłodsza, Dziecina, dała popalić! Wzorcowo wybiegała przed pędzące samochody, genialnie śmigała na długie dystanse - bez zadyszki :/ I gadała w suahili. Z Boga Jedynego nikt nie rozumiał co nawija. Poza poTomkiem. W doganianiu tego cuda wyspecjalizował się synuś podpuszczony matką, która juz zdrowia do wariatki nie miała. Dopadał uciekinierki i fachowo obalał na glebę. Mać dołączała po chwili do towarzystwa i zgarniała w 1/2 ryczące towarzystwo, w 1/2 dumne i zadowolone z siebie.
 Dom z dzieciami zmieniał się z normalnego w wariatkowo. Takie rzeczy jak baje, piosenki, twórczość kasztanowa, klockowa to pikuś. Wyobraźcie sobie, że moja Mamunia a Babunia Pierworodnej w ramach miłości do Niej- i to muszę uwiecznić - zrobiła na balkonie piaskownicę. Co o tym myślałam zgarniając tony piasku z podłogi i jakie słowa radości cisnęły mi się na usta- możecie sobie wyobrazić. Szczytowała sprowadzając do centrum Warszawy drób. Kurę i koguta, coby dziecko miało zabawę. Tu już nie zdzieeżyłam. Oczami wyobraźni widząc na ten przykład trzodę chlewną w wannie i wykonałam popisową awanturę. Kogut znikł, kura jakoś chwilę egzystowała na balkonie. Uwierzcie mi, że furorę na osiedlu wzbudzałam wyprowadzając Klarę na spacer.
 Osobny temat to posiłki. Przy Pierworodnej to krew, pot i łzy. Czego ja nie robiłam żeby jadła? Kto ma niejadka ten doskonale wie, że wszystkie chwyty dozwolone. Od "za mamusię", do karmienia parapetowego. A przy tym zdrowa była, wyniki miała jak byk. Zbyszek Nowak - ten od "Ręce które leczą" po prostu stwierdził, że dziecinka żywi się energią ogólnie dostępną, tj z powietrza. Wolałam żeby pochłaniała konkrety :|

Z serii co dzieci potrafią;
-poTomek wybił czołem koleżance 2 jedynki, sam stając się właścicielem dziurawego czoła
-w ramach rozrywki, na żądanie zwracał co zjadł
-Pierworodna (5lat) czytała dzieciom bajki w przedszkolu, bo pani się nie chciało
-2-3 letnia córcia do mojego przyjaciela - Wujku, ja lubię takich mężczyzn jak ty ( flirciara od małego)
-Dziecinka- piosenka, którą przyniosła z przedszkola:
   gaz barburka i kapturka srypnie zmyli, raz pułapkę, babkę w łapkę i po chwili
   gdy w brzuchu burczy, trzyma się skurczy, że a skurczy, to a kurczy,
   taki z niego wilk!
 Może ktoś zna wersję prawidłową. Bo ta jest tak intrygująca, że zapamiętałam. WYBITNA :DDDD
-Młody w geście zerwał z siebie bluzeczkę, pozbawiając ją wszystkich guzików. 5lat. Po czym grzecznie siedział i przyszywał je z powrotem. Wyszło doskonale :D
-ogólnie poTomek po okresie anielskiej grzeczności - w domu i pójściu do przedszkola  zmienił konfiguracje i podejście do życia. To już nie była aniołek a mały dyjabełek. Czemu szczególnie się nie dziwię, gdy po latach poznała zacne metody mojej teściowej. Ale to już inna bajka :/ Zbyt za dobrym był obserwatorem. Szybko zajarzył, że zrzucanie na innych winy jest korzystne. Że kłamstwo popłaca. Adrenalina szybko zaczęła go kręcić. I na ten przykład z kolegą przyjacielem z jednej sali zamiast grzecznie myć łapki w łazience, wyszli sobie na parapet po drugiej stronie okna. Pierwsze piętro. A pani przedszkolanka mnie zrobiła z tego powodu awanturę. Taka metoda. O_O
 A w szkole, gdzie było nudno, rozwalał każdą lekcję. Śmiechem. Pajacował tak, że nikt nie był w stanie pracować. Nauczyciele ciężkiej nerwicy się przy nim nabawili. On przy nich też :/

środa, 21 listopada 2012

I to przeminie

Do trupa
-jak tam? robaczki nie dokuczają za bardzo?

Robaczki nie dokuczają :D
Robaczek najstarszy wyemigrował do pracy wcześniej zakurzywszy fajkę, po deklaracji - rzucam. Bo na wszystko nie styknie. A na najważniejsze, czyli motor to.. może???
I się właśnie zastanawiam w co ja dałam się wkręcić. Ale to podobno tylko do końca roku. W końcu od czego przyjaciele ;p

Młodsza ograniczyła poranną rewię mody do jednej fazy w związku z dostępem do ciuchów Starszej Siostry. :DDD Tak to już bywa w życiu. Bilans musi wyjść na zero;p
W jej szkole działa już elektroniczny dziennik więc postępy na bieżąco mogę obserwować. Źle nie jest.

Ze średnim pogadaliśmy se miło
-stary ma babę. chatynka na durch zamknięta - ja do onego
-!!!!O_O a skąd wiesz
-no tak mi wyszło po rozmowie z L.
poTomek za słuchawkę
-co ty matce za głupoty opowiadasz. kogo mam zj...?-czule do babci
Bo babcia miętkie serce ma względem wnuka. Taki tatusiem podobny i w ogóle. Bo tatuś jedynak. 59-letni dziubalek na wikcie i opierunku mamuni.

Czy kroki i konfrontacja, bo teściowa truchta przed siebie.
-eeee....babka, w prawo patrz... spojrzała

Dziecinka
- co za głupoty z tym ojcem matce gadasz
Śledczy psia krew! I ta kultura! Ja pokornego serca a una z tych mordziastych, i na ulicy przekonywać jej nie będę do swoich racji. I było jak przewidziałam. Wykręciła

kota ogonem i zmyła się. Zresztą nie zależało mi na przekonywaniu kogokolwiek. Wyjaśniłam Młodemu co i jak a co on z tym zrobi - jego sprawa.
Bo rozmowa wyglądała tak:
-L. powiedz co z K.. Bo okna wiecznie zamknięte, nie żebym jakoś specjalnie ubolewała nad nim. Ale może coś mu się stało. Może dobrego. W Szwecji un?
-nie!
-pracuje?
-nie!
-to może babę se znalazł?
-no, może :D - ciepły głos - w końcu!
-No to niech mu tam się składa
podziękowała. A co? Życzenia dobrego dla synusia zawsze mile widziane. I tak się

utwierdziłam, co K. ulubioną se znalazł.
Współczułam jej od ręki. Bo to trzeba być bardzo zakochanym, żeby z nim przebywać. Najlepiej na fali "jak on ślicznie pluje"

poTomek wyprowadził mnie z błędu. Tatuś w anclu. Za jakaś kare sprzed lat, gdy rowerem po pijanemu jechał. Buahahahahahahaha...A Młody to oczywiście musi jakąś korzyść z tego faktu dla siebie zyskać. Teraz robi z dziecko z mega patologicznej rodziny. Kto chce i nie chce słyszy, że matka go z domu wyrzuciła, ojciec alkoholik w więźniu siedzi. A mnie ręce tak łup o glebę,szczęka zaplątała mi się w sznurówki, odwłok sięga płyt chodnikowych.
Widać tak miało być :/

piątek, 2 listopada 2012

Pro Memoriam

Mój Tatulek. Tu miał 15 lat?.JPG
Dzisiaj choćby mi dupsko miało zamarznąć pójdę na Powązki i Ewangelicki. Wczoraj poTomek nawiedził mnie/nas. Miło było. Nakarmiłam, napoiłam. Dodomił się trochę i wieczorem w deszczu pojechał na Cmentarz. Krejzol :D Ale to szaleństwo po mamuni ma :DDD
Fajnie jak dzieciak wpadnie, nawet gdy paskuda jest czasami. Kocha się, złości się, denerwuje, za okno by się wystawiło. Ale jak minie złość i żal, to dobrze, że jest.
Hahaha... trąbolot wyłożył kołdrę na balkon przed wyjściem, żeby się wywietrzyła. Mokra? :DDD Na 100% Ale da radę :DDDStrasznie przykro mi jest, kiedy mówi, jestem dorosły, mam swoje życie, nie potrzebuję już ciebie i Ona też. Wiem o tym, doskonale wiem. Ale ja  potrzebuję. Matki jakoś tak mają w głowach, że kochają do końca siebie i dłużej.
Dzwonił z cmentarza, bo nie mógł trafić prawie w ciemności.
Okazało się, że była na grobowcu tylko wiązanka z ZASP-u i lampunia.

Tylko poTomek i ZASP. Smutne. Choć nie ma się czemu dziwić. Rodzina malutka. Z żyjących jest ciotka-chora na serce, ja, Mama, dzieciaki, Łodzianie i wuj w Sieradzu. Starzy przyjaciele rodziny poumierali, niektórzy zapomnieli, niektórzy nie bywają, bo już nie mają interesu w tym. Ej życie, życie.

Kiedy byłam mała wyjazd na cmentarz to była wyprawa. Celebracja. Uroczystość. Każdy ciepło i odświętnie ubrany. Spędzaliśmy przy grobie 2-3 godziny. Przychodzili znajomi, z wszelkimi rewerencjami byłam przedstawiana jako WNUCZKA, córka Januszka. I zawsze były okrzyki-jaka ona do niego podobna!
Za każdym razem, gdy stoję przed grobem myślę o ogromie cierpienia i rozpaczy Dziadków po śmierci mojego Tatusia. O Dziadku, który nie był w stanie opuścić Syna, który w noc po pogrzebie leżał razem z nim. Tatuś tam w środku, Dziadek pod grobem. Nastepnego dnia siłą Go zabrali. Zamarzł by, nie odszedł. I gdy ktoś - ciotka - pierdzieli chore kocopoły, to mogę się tylko popukać w czoło. Padalica i tyle. O niej też napiszę, ale muszę być solidnie na wk...

Na Powązki zawsze byłam prowadzana, ale na Ewangelicki już nie. Nawet o nim nie wiedziałam. Że jest tam rodzina. Dopiero w tamtym roku (chyba) Mama mi powiedziała, że Dziadek tam chodził, do swoich Dziadków. Przypadkiem trafiłam w necie na informację o nich. No i wiecie co dalej.

Chodziliśmy na grób młodego Piaseckiego, który zawsze był pokryty bukietami czerwonych róż, zawsze mnóstwo zniczy sie na nim paliło. Tak było gdy żyli jego rodzice. Może żyją jeszcze, ale grób już nie taki. Pusto na nim. I na tysiącach grobów powązkowskich też. Wieczorem mrok prawie ciemność. A kiedyś? Było jasno jak w dzień niemal. Każdy grób "płonął", "świecił".
Może jeszcze ludzie dojdą, dojadą. Może znów stanie się jasność na Powązkach?

Dobrze, że w tamtym roku udało się Mamiszonka tam dowieźć. Jeszcze choć raz mogła tam być. Wzruszona była

sobota, 20 października 2012

Trochę starych fotek

Dziecięciem będąc.JPG
Mam 3 latka i lizaka policyjnego. Wujkowego. Dumna byłam niemożebnie i zadowolona z siebie :)
Na pogrzebie Tatusia.JPG
   To zdjęcie jest zrobione kilka miesięcy wcześniej od pierwszego. Nie wiem kto wpadł na "genialny" pomysł zabrania mnie na pogrzeb. Mogli sobie darować. Nic fajnego. Pamiętam dokładnie wszystko.
Ja i brat cioteczny.JPG
He! Nie wiem czemu, ale na serii tych zdjąć nazywam się "stara indianica". Słodkie czasy szczenięcej beztroski i radości. Jak to starsza siostra "znęcałam" się nad bratem musztrując Go i tresując.
Tęsknię za Nim. Odszedł ratując tonącego przyjaciela.
Ja i poTomek.JPG
W Pabianicach robione. Gdzie Pierworodna po raz pierwszy stanęła przy pianinie, chwile poplumkała na nim i zagrała " Lulajże Jezuniu". Szczęki wszystkim opadły i w ten sposób dowiedzieliśmy się, że dziecko ma talent muzyczny. Skończyło się oczywiście zapisaniem do szkoły muzycznej. Egzamin zdała na 5- bez żadnych wcześniejszych przygotowań. I tak jak szybko się tam dostała, tak szybko skończyła się kariera muzyczna córki. Odmówiła współpracy z gitarą. To był pierwszy instrument. A ona chciała na pianinie grać. Ten miał się pojawić za 2 lata.
Ciociunia.JPG
A to mój skarb, moje szczęście, moje beztroskie dzieciństwo. To ONA się mną zajmowała gdy byłam mała. Miała 65 lat gdy się urodziłam. Ona ochrzciła mnie z wody bo bała się że nie przeżyję. Ona zawsze była. To z Nią siedziałyśmy zimą przy piecu i grałyśmy w durnia, ONA piekła mi na blasze jabłka, ONA w drodze do przedszkola kupowała mi gumy kulki i ciepłe lody, śpiewała piosenki i przyśpiewki ludowe, ubierała, kochała. Była prawdziwą MAMĄ.
Młodość jest durna i chmurna i nie docenia, bo nie ma punktów odniesienia. Gdyby dało się cofnąć czas, walczyłabym o NASZE bycie razem. I okazywałabym swoja miłość do Niej  bezustannie. Ciociu - gdziekolwiek jesteś - Kocham Cię.

piątek, 19 października 2012

Dumna dzieciem

Komunijne. Mamusia z Dzieciami.JPG
Pierworodna w młodości :).JPG

A to kilka lat temu ;).JPG
  
poTomek.JPG 
poTomek.JPG
    
Życie jest radosne :DDD.JPG
Wieczorem Dziecinaka zagaiła temat dumy z... Konkretnie zadała pytanie mojej Maci,

czy kiedykolwiek była ze mnie dumna. Babiszonek łypnął na Nią oczkiem jak na

bezmózgie yeti - O co Ty pytasz?
-Czy byłaś kiedyś dumna z mamy?
-A o co Ci chodzi?
-Czy byłaś? Odpowiedz!
-Oj tam. Byłam zadowolona jak coś zrobiła ale dumna .... raczej nie
  
I tak wieczorkiem leżałam sobie w łożnicy i zastanawiałam się i nad tymi moimi strachami i nad tą dumnotą.
Wyszło mi, że strachulce zaczęły się objawiać po przeprowadzce do Wawy. I tak se rosły, rosły ...aż w końcu przyszedł czas by się z nimi rozprawić :)

A co do Mamy, to normalka. Może gdybym Nobla dostała, albo za Karola się wydała to byłabym wystarczająco dobra. Ale tak, normalnie? To nie przesadzajmy. Nie ma dumy :)

A ja byłam zawsze pierońsko dumna z moich potworków. Zawsze było coś co mnie puszyło. A to u Pierworodnej "sulfaguanidyna" poproszoną Nią w aptece w wieku 2 lat, a to talenty rozliczne, które przejawiała od wczesnego dzieciństwa, a to oceny i osiągnięcia. Jej praca nad sobą, dzielność.
U poTomka siła charakteru, gdy oczywiście ma chcieja, inteligencja, błyskotliwość, zaradność. To zresztą jest też u Najstarszej.A u Małolaty - to co udało Jej się osiągnąć. Mimo ogromnych własnych ograniczeń. Dumna jestem, że trzyma pion, że nie pcha się do życia na oślep, że szanuje się i ma jakiś pomysł na siebie.
Dumna jestem z moich dzieciaków i pełna wiary, że dadzą radę. :*
    

wtorek, 2 października 2012

Było-minęło :(

z netu


Jeden z blogów przypomniał mi jak to drzewiej bywało. Mały Synek uwielbiał spać z mamą. I nie tylko on. Cała trójka.

Któregoś ranka obudziłam się, patrzę a On śpi na klęczkach z głowiną opartą o moje łóżko. Zmarznięty, przemoknięty - to były jeszcze czasy pampersów. Matko moja :( Wzięłam słodziaka do siebie, przebrałam i tulałam, żeby ogrzać małe ciałko. Chciał do mamusi. A że mamusia spała snem kamiennym, to choć przycupnął na chwilkę i tak został.

Pierworodna chciała zawsze uczestniczyć we wszystkim co robię. Do końca. W związku z tym miała jak zwykle pod górkę z zasypianiem. Pamiętam jeden z wieczorów. Minęła ósma, dziecinka w łóżku, nakarmiona, napojona, wyprana. Spać! Ja metr dalej na swoim łóżku. Lampka zapalona, książka na poduszce, młoda zasłonięta kocykiem, żeby nie dochodziło do Niej światło. Mija chwila-słyszę zmieniony oddech, lekki szelest i spod kocyka wyłania się łapka a za nią roześmiana buźka. Wedle zasad wszelkich bez słowa wstaję, układam Młodą ponownie. Buziak i cichuśkie dobranoc. Chwila ciszy i tym razem nad kocykiem zaświeciła szurpata łepetyna. Zagaja radośnie rozmowę, coś tam gulga i pitolita pod noskiem. Udaję, że nie widzę :) Mija 5 minut. Dziecko nie padło :) Wstaję i powtarzam operację od początku. Mija chwila - słyszę sapanie, szelest. Patrzę - nie nie sterczy, nic nie wystaje :) - może kokosi się do snu. Dobra nasza! I nagle łomot a potem wrzask bólu i oburzenia. Cóż, Młoda desantowała się z łóżeczka główką na podłogę. Pocieszanie, tulanie, szeptane słówka pociechy, buźka we łzach. Jeszcze szloch malutki, jeszcze maleńka łezka i Dziecina śpi. Czy nie można było tak od razu?

Przyzwyczajona do 1,5 rocznego korzystania z biologicznej mleczarni Dziecinka ( najmłodsza )  nabrała nawyków nieprzystojnych. W środku nocy, w porze bywszego karmienia, budziła się i nie budząc matki wstawała i maszerowała do kosza z zabawkami. Jak kot w ciemności wyszukiwała swoje ulubione, właziła z nabojem już do mnie i bawiła się. Mijał czas " karmienia " i tak jak siedziała - padała zasypiajac w locie :)

sobota, 22 września 2012

Dzieciowisko

Wczoraj wieczór milczenia po głupocie. Nie mojej a dzieciowej. Tak nie wiedzieć czemu trudno jest zadzwonić i zawiadomić, że będzie się później niż zwykle. Zamiast o 15.00 to jakoś tak zrobiła się prawie 20.00. Ja omal po ścianach chodziłam bo dziecko - dorosłe bez smyczy czyli tlf a jak już weźmie to wyłącza i zero kontaktu. Ja nie mam parcia na kontrolowanie wszystkiego, jeno proszę jak biały człowiek-daj znać co się dzieje. Czy to trudne?
Z dzieciowych historyjek każda matka mogłaby powieść usnuć.

Moja Pierworodna miszczem była w czasie oseskowania. No bo kto to widział, żeby taki malec przesypiał całą noc bez pobudek i lania w pieluchy. Tak Jej zostało aż do czasu nocnika, który MUSIAŁA przyswoić szybko. Bo dla mnie chodzący bachorek nie ma prawa pieluchować! Z Nią poszło bezboleśnie, z pozostałą dwójką było już pod górkę. Załapali się na pampersy a one dają zbyt duży komfort. Latały w papierowych gaciach dość długo, a metody odzwyczajania były radykalne!
Synuś z przyjemnością siusiał do nocnika ale to grubsze walił w pampersa. Wkurzyła się kiedyś moja Mać i wytarła mu łapę tym co miał na tyłku. W gratisie kazała mu powąchać, żeby wiedział, co wąchamy przy myciu Mu tyłaka. W każdym razie pieluchy skończyły się natentychmiast :D

Najstarsza ogólnie wychowywana była dosyć luźno. Może to wypływało z mojego młodego wieku. W każdym razie  dwulatka bardzo sprawnie posługiwała się nożyczkami, gadała jak stara, wyobraźnię miała rozwinięto na maxa, śpiewała z upodobaniem repertuar różny : od Kaczmarskiego po bajkowe piosenki  z pieśniami z okresu odbudowy PL włącznie. Z poTomkiem już było trochę gorzej. Stres związany z wieczną krytyką ze strony teściowej skutecznie mnie pętał. Ale na szczęście to już minęło.

Jadziem na Laski :D, a jutro do Zamku Królewskiego. Z Młodą... no bo ile można strzelać focha :D