sobota, 6 czerwca 2015

kto nie szuka, ten znajdzie ;)

bańki i igły do akupunktury

igłami się czasem traktuję

baniek stawiać nie potrafię :/

wow, czyli dzień the best

przeszłam samą siebie :)

ale łod początku :)
poranne czynności znacie, więc szaleć nie będe, poza tym, że wyszłam z Lalką bo tytoń wyszedł i gilzy.
siadłam, pokuriłam, podumałam i tak jakoś robota zaczęła mi się kleić.
najpierw zbieranie pościeli i składanie łóżka balkonowego, potem podlać roślinki balkonowe przegryzając własną kolendrą i szczypiorem, potem mycie saganów- nie jestem gorliwą gosposią, sagany myję raz dzienie przy okazji gotowania, potem pranie i w trakcie odgruzowywanie łazienki, czyli przegląd resztek różności- różności pod postacią wszelkiej maści płynów do prania, kreta kulkowego, i zajzajeru uniwersalnego grzecznie czekają na chętnego spakowane. potem śniadanko, mała przerwa, ogarnianie reszty pomieszczeń, lekie przemodelowanie pokoju  i w zasadzie już. finał.
pranie jak wiecie, nie polega u mnie na wrzuceniu bambetli do pralki tylko światowidem, typu frania. orzechy piorące sprawdzają się całkiem nieźle.olejek cytrynowy robi za perfumę.
uroda wyjazdów Babulindy jest w tym, że nie stoi nad ludziem i nie jojczy- nie rób bo się zmęczysz, nie wyrywa z rąk nieprzydasiów, nie grzebie w koszu w poszukiwaniu nierozważnie usuniętych, bezcennych skarbów. tia.. wiek ten uroczy nie jest... w Jej szfie znalazłam torebkę mąki z molami. i śmiesznie i strasznie.
w trakcie życia domowego pokoik stał się magazynem różności. pierdolnik jest koncertowy i nawet ja nie wiem jak to ogarnąć.
mijając w locie lustra w szafach z coraz większym zadowoleniem oglądam swoją sylwetkę. wracam do siebie :)))), porcięta z doopiny zaczynają spadać, brzuszek się kurczy :))) to efekt diety - bez słodkości. i chyba okrzemków.
obiadek był, kolacyjka też, sułtan obowiązkowo a potem sąsiadka z obrazem.
tak, co miesiąc nawiedza mnie obraz MB. i dobrze mi z tym, nawet bardzo.
wiem, jestem niepoprawna politycznie i zoopełnie nie gender ale wali mnie to!
a potem zadzwonił poTomek w sprawie półek O_O, zaofiarował się, że powiesi.  w zasadzie chyba już czas. pół roku albo lepiej czekają na dobrego człowieka. z wiertarką.
a potem katate kid z młodym smithem, wstęp do draki z młodą zażegnany nią samą i łóżko z niebem nad głową. :)
się okazało, że tv działa. ale nie oglądam żadnych wiadomości. tylko sulejmana. kidziak był wyjątkiem.

czwartek, 4 czerwca 2015

pesto PL

obdarowana fantastycznym drobiazgiem do gotowania na parze poszłam za ciosem i postanowiłam do warzyw zrobiś sos. z założenia miał mieć lekką konsystencję ale jakoś nie wyszło i dobrze.

wyszło mi przepyszne, prawie polskie pesto. prawie, bo znajduje się w nim pasta sezamowa. nabyta pół roku wstecz w końcu doczekała się wiekopomnej roli.

składniki:
garść liści rzodkiewki ( pokrojonej )
sok z połowy cytryny
łyżka tahini
2 łyżki pokruszonych orzechów laskowych
łyżeczka musztardy dijon
łyżka posiekanego koperku
olej rzepakowy
sól

wszystko blendujemy na jednolitą masę.
estetyka - malina. :) prześliczny pistacjowy kolor.
smak - wyczuwalne tahini z nutą orzechową.
gęściejsze będzie doskonałym dodatkiem do pieczywa.
można robić różne warianty, z różnymi dodatkami. brakowało mi smaku i aromatu czosnku. ale cholernik szedł i nie wrócił!

środa, 3 czerwca 2015

wiekopomna chwila

doczekałam się :)
w końcu ogarnęłam totalnie balkon, wstawiłam łóżko, materac, pościel i lulu :)
nie wiem na co czekałam tyle lat, czy wstydziłam się tej opcji, czy tak mocno jestem uwarunkowana, czy jakiś atawistyczny lęk?
słowo daje, że nie wiem. a może wszystko razem.
w każdym razie doświadczenie pierwszej nocy prawie pod chmurką dostarczyło mi zaskakujących wrażeń.
pierwsze i najistotniejsze- niepokój. taki wewnętrzny roztelep, mimo, że u siebie, miejsce bezpieczne i oswojone.
drugie - pomimo tego co wyżej, komfort i wygoda. " zapadłam " się w łóżko, otuliło mnie jak hamak. baaardzo miłe wrażenie.
trzecie - chłodny powiew wiaterku i możliwość patrzenia na bezchmurne niebo. bezcenne :)

powoli dojrzewam do zainstalowania solidnych haków w pokoiku i zawieszenia hamaka. opcja jest przednia :))))


po kilku dniach z meszkami wieczorny luz jak najbardziej potrzebny.
zaprzyjaźniona sucz powoli staje się moim bodygardem. mam plam zrobić z niej faktycznie psa nie tylko przytulaśnego ale i potrafiącego bronić swojego terytorium i właścicieli. szczególnie że okolica czasem dostarcza niezapomnianych wrażeń.

z wieści eko: po tygodniu niemycia włosów są względnie puszyste i nie przetłuszczają się. to samo u młodej, której po 2 dniach zaczynał płynąć smalec po włosach i zbijały się jakby w pasma. ani to ładne ani przyjemne. młoda eksperymentuje przeciągając moment mycia i nie może się doczekać łojotoku i " pasemek". łupież prawie zniknął.

okrzemki odświeżyły mi, mamie, młodej skórę. stała się jedwabiście gładka, czego młoda nie miała, sprężysta.
stawy bardziej eladtyczne, szczególnie zauważa to babelocik. macha łapkami jak skrzydłami wiatraka a miała problem z uczesamiem włosów.
wagowo :/ jakby stoję w miejscu, ale portki zaczynają ze mnie spadać, brzunio zmalał no i niestetyż cycek też.


poniedziałek, 1 czerwca 2015

buciki

swego czasu intensywnie przemieszczałam się po warszawie i okolicach. wracając do domu zahaczałam o sklepy by zrobić zakupy spożywcze. siłą rzeczy wpadałam też do lumpeksów. po buty - nowe, jechałam do pruszkowa, po fajne ciuchy - ursynów, ząbki; pościel - odyńca.
to były stałe punkty, z minionej epoki gdy nowe buty kosztowały 10 zł, nowa poszwa 5 zł. bawełniana oczywiście, z plastikowymi napami.
w szaleństwie zakupowym nabywałam nie raz i nie dwa po kilka par pantofli. cena kusiła, materiał i wykonanie rewelacyjne. przy okazji trafiły się przejściówki i zimowe. obi pary leżakowały dość długo. jakoś nie miałam do nich przekonania
. używane zimówki w końcu padły . przyszedł czas na nowe. 2 - sezony i żegnam cię ozięble. słaba skóra poprzecierała się, nie do uratowania.
no i nastały moje kamaszki. zaliczyły już 2 sezony wiosenno- zimowe wcześniej, a od ponad roku, z zalecenia ortopedy towarzyszą mi każdego dnia.
prane pralką nie tracą fasonu. jedyny ubytek to lekko przytarta podeszwa pod piętą.
czas na reanimację. ale najpierw należy nabyć nowe, na zmianę.
zadowolona z botków zaczęłam szukać w necie tej marki. może gdzieś, coś.
no i lekko mi szczęka opadła.
naszam lumberjacki.
ni mnie ni więcej.
rzut okiem na ceny wybił mi z głowy dalszą przyjaźń z marką.

cóż, szukam dalej..